Losy Stanisławy
Narmontówny.
Na Ukrainie.
Podróż sentymentalna. / Czerwiec'2003 roku. /
Niepełny życiorys Stanisławy:
Urodziła się w
roku 1898 lub 1899 najprawdopodobniej w miejscowości Ługa w województwie
Sankt Petersburg - na terenie Rosji. Od roku 1902 na pewno mieszkała
z rodzicami w Wilnie. Była najstarszym dzieckiem Stanisława i
Magdaleny Narmontów.
Wyjechała ok. roku 1920 na Ukrainę. Tam podjęła pracę
jako nauczycielka.
Wyszła za mąż za Stanisława Kamińskiego,
najprawdopodobniej narodowości Ukraińskiej. Nieznane są jej losy w
latach 1920 – 1935.
Od września 1935 roku podjęła pracę jako
nauczycielka i dyrektorka w wiejskiej szkole, w Nosacziwie-dzisiejszy
rejon Smiła, okręg Czerkaski.
Na pewno miała jednego syna Aleksandra,
który jako dziecko, zmarł w Nosacziwie i tam jest pochowany obok
Stanisławy. Miała najprawdopodobniej jeszcze dwóch synów, ale ich
losy nie są znane. Tuż po II Wojnie Światowej, Stanisława została
skazana na zsyłkę, do obozu najprawdopodobniej w Krasnojarsku. Powróciła
do Nosacziwa po śmierci Stalina, około w roku 1954. Została
zrehabilitowana. Pozostawała praktycznie bez środków do życia, była
na utrzymaniu społeczności Nosacziwa. Odmawiała jednak rodzinie powrotu do
Polski.
Zmarła, a właściwie zamarzła, w lepiance 19 lutego 1970
roku. Została pochowana na cmentarzu w Nosacziwie, obok grobu swego
syna.
Od prawie czterdziestu lat wybieraliśmy się na Ukrainę, aby
dotrzeć do grobów naszych bliskich. Istniejące uwarunkowania
polityczne, skutecznie nam to uniemożliwiały.
Łańcuch
ludzi dobrej woli:
Rok 2003 był tym
czasem, w którym mogliśmy wreszcie spełnić obietnicę, złożoną
przed laty, na łożu śmierci, Marii Gałeckiej – siostrze Stanisławy.
Dzięki ludziom dobrej woli, za pomocą Internetu i radia, udało się
zlokalizować Nosacziw i zdobyć „pierwsze przyczółki”.
Dzięki pomocy nauczycieli z liceum w Smile nawiązałem kontakt z
panem Grzegorzem, Polakiem, mieszkającym w rejonie Nosacziwa.
Pozwolę sobie
przytoczyć fragment z listu pana Grzegorza:/ zachowano oryginalną pisownię./
W odpowiedzi na panski
list,i prosbe pomuc odszukac slady Stanislawy Kaminskiej informuje pana
o tym ,ze;
1 Wies Nosaczewo znajduje sie w Czerkaskim woj.Smielanskim
rejonie.
2 Adres jakiejkolwiek instytucji nic nieda iniepomorze w
panskiej sprawie , ale to niestraszne.
A od siebie prywatnie moge dodac ze;odszukalm w Nosaczewie
kobiete która posylala wam list z fotografia i wiele lat opiekowalasie
wasza ciocia[do smierci],ona pokazala mi tez miejsce pochowania [inaczej
tego nie mozna nazwac, krzaki las ,resztki powalonych krzyzy-
praktycznie smietnik) waszej cioci.
Kobita ta duzo mi opowiadala o
waszej cioci i miendzy innymi o tym do jakiej nedzy doprowadzili Ja
komunisci i KGB po wojnie.
Panie Zdzislawie jesli ma pan chec dowiedziec
sie jeszcze cos to proszepisac: liceum@ck.ukrtel.net. Jak dodatek
posylam panu pelne dane kobiety która opiekowała sie wasza ciocia
Później wszystko poszło już jak z płatka.
Dziwnym trafem spotkałem na radio Walerego UR3CF, ukraińskiego krótkofalowca,
pracującego w Łodzi, a mieszkającego w Czerkasach. Jego i jego
rodziny zainteresowanie losami Stanisławy Narmontówny, sprawiło, że
skonkretyzowały się plany naszej podróży.
Podróż:
Wyjechaliśmy z Łodzi do
Chełma w dniu 31 maja 2003roku. W zanadrzu miałem zawodowego kierowcę-Ukraińca,
Rościsława, który był naszym przewodnikiem i pomocnikiem kierowcy,
czyli moim.
1 czerwca o 4:30 zameldowaliśmy się na przejściu
granicznym w Hrebennem i po niecałej godzinie byliśmy już na
Ukrainie.
Nie było praktycznie żadnych kłopotów, nie licząc 10
hrywien, które musiałem wydać na znaczek skarbowy, którego na oczy
nie zobaczyłem.
Podróż do Czerkasów zabrała nam niecałe 12 godzin.
Muszę tutaj dodać, że drogi, którymi jechaliśmy, wcale nie były
gorsze od polskich.
Czerkasy:
W Czerkasach przyjęła nas Walentyna, żona
Walerego. Przyjęcie było iście słowiańskie. Po przełamaniu
„pierwszych lodów”, jaśniepański koniak został zastąpiony
polską wyborową. Poczuliśmy się jak u siebie w domu. W miłej
rozmowie, mimo różnych, ale słowiańskich przecież języków czas
zleciał aż do późnych godzin wieczornych, a właściwie nocnych.
W
poniedziałek rano wreszcie podróż, do odległego o czterdzieści
kilometrów Nosacziwa. Mając Rostika za przewodnika, oraz dodatkowo Walę,
za niecałą godzinę zobaczyliśmy tablicę z napisem Nosacziw.
Nosacziw:
Nosacziw okazał się być schludną, dużą wsią, wciśniętą
między linię kolejową a drogę. Droga ta, to oczywiście szukana
przez nas ulica Lenina. Ze znalezieniem numeru 259 nie było
najmniejszych problemów. Już po chwili nasz Peugeot budził sensację
wśród sąsiadów Walentyny Suk.
Pierwsze przyjęcie trochę sztywne,
nieufne i badawcze. Jednak „nasza” Walentyna potrafiła przełamać
lody. Reszty dokonały przywiezione przez moją żonę, Danutę, wiktuały
z Polski rodem. Postawiona na honorowym miejscu na stole polska wyborowa
nie znalazła uznania. Została wyparta przez rodzime produkty, z
piwniczki gospodarza domu.
Jak to dobrze, że abstynent Rostik był z
nami. Nie musiałem się martwić o drogę powrotną do Czerkasów. Mogłem
w pełni towarzyszyć gospodarzowi w pogłębianiu przyjaźni
polsko-ukraińskiej, w tradycyjny słowiański sposób.
W tym miejscu,
wszystkim niewtajemniczonym należy się wyjaśnienie: Stanisława
Narmont-Kamińska, w roku 1935 a może 1936, po przybyciu do Nosacziwa,
zamieszkała w domu rodziców Walentyny, na tak zwanej
”kwaterze” i mieszkała tam do chwili aresztowania przez
NKWD, czyli do roku 1946.
Walentyna była jej uczennicą w szkole
podstawowej. Po powrocie z zesłania gdzieś do Krasnojarskiego Kraju i
rehabilitacji, Sukowie byli inicjatorami wybudowania jej lepianki, na
terenie dzisiejszego odpowiednika naszej Gminnej Spółdzielni.
Po
przywitaniu i poczęstunku udaliśmy się za tory kolejowe, na wzgórze,
na którym do dziś stoi szkoła, w której Stanisława uczyła, a stamtąd
na pobliski cmentarz.
W roku 1942 cmentarz został przeniesiony około
100 metrów w kierunku wsi. Stara jego część, na której znajduje się
jeszcze około stu grobów, została całkowicie pochłonięta przez nie
znoszącą pustki przyrodę. Dostanie się w okresie letnim do grobów,
to istna wyprawa do dżungli. Ostatnią wolą zmarłej w roku 1970,
Stanisławy, było życzenie pochowania jej w grobie obok jej syna,
Alika, który zmarł w roku 1940, w wieku czterech lat. Przyczyną zgonu
był najprawdopodobniej głód. Ponieważ nie ma żadnej możliwości
przeniesienia grobów na nowy cmentarz, w uzgodnieniu z rodziną Suków,
przyjęliśmy następujące rozwiązanie:
Na działce cmentarnej,
rodziny Suków zostanie umieszczona kamienna tablica, z nazwiskami
Stanisławy i jej syna. Po wykonaniu tablicy, dostarczymy do Nosacziwa
tabliczkę z napisami w języku polskim. Tabliczka ta zostanie
umieszczona na kamiennej tablicy. Jest to jedyne, możliwe w chwili
obecnej, rozwiązanie problemu upamiętnienia Stanisławy i Aleksandra
Kamińskich.
Żona moja prosiła również prawnuczkę Walentyny Suk,
najmłodszą w rodzinie, Nataszkę, o opiekę nad grobami naszych
bliskich. Żywimy nadzieję, że nasze prośby padły na podatny grunt,
mimo skomplikowanej przecież historii naszych narodów.
Mam również
nadzieję, że uda nam się odtworzyć życiorys Stanisławy Narmontówny
z lat 1920-1935, a szczególnie losy jej innego potomstwa i męża
Stanisława Kamińskiego.
W drodze powrotnej z Nosacziwa odwiedziliśmy
w Smile, Grzegorza, i jego rodzinę. Jego wcześniejszy wywiad w
Nosacziwie potwierdził wszystkie fakty, które zdobyliśmy podczas
wizyty u państwa Suk.
Wysłane w czerwcu 2003 roku, oficjalne pismo
mojej żony, z pytaniami o losy Stanisławy i jej rodziny, do ”głowy”
Nosacziwa, pozostaje do dziś bez odpowiedzi. Ale miejmy nadzieję, że
odpowiedz jednak nadejdzie.
Podziękowania:
Pięknie dziękujemy za
pomoc w realizacji naszych zamierzeń Wali, Wiktorii, Artiomowi, Rościsławowi
i Waleremu.
Dziękujemy Tatianie i Grzegorzowi oraz nauczycielce Ałła
z Liceum w Smile.
Dziękujemy mieszkańcom Nosacziwa za opiekę nad
Stanisławą Kamińską - Narmont - szczególnie Walentynie Suk.
Potomkowie Narmontów.
Epilog:
Po naszej wizycie w Nosacziwie, zięć
Walentyny Suk wykonał zleconą przez nas pracę - wybudował
symboliczny grób Stanisławy Kamińskiej - Narmont na nowej części
cmentarza. I tak ciężkie życie Stanisławy na obczyźnie zostało w
pewien sposób upamiętnione i ocalone od zapomnienia.
Jeszcze raz piękne
dzięki Rodzinie Suków i Rodzinie Bragów.
P.S.
4 stycznia 2006 roku, w
czasie pożaru "daczy" koło Czerkasów, ratując 2 starsze
osoby, zginął nasz przyjaciel Walery Braga.
Dopisek z roku 2004:
Dzięki życzliwości i przebiegłości
wspomnianego wyżej Walerego Bragi, udało się komuś dotrzeć do archiwów
byłego NKWD w Czerkasach.
Dostałem odręcznie pisaną notkę , o następującej
treści:
Kamińska Anastazja Stanisławówna, urodzona w roku 1900 w m.
Ługa woj, Sanktpeterburskie, narodowości Rosyjskiej. Przyjechała do
Nosacziwa nie wiadomo kiedy. Podczas wojny pracowała jako nauczycielka.
Była obwiniona o współpracę z Niemcami, na co nie ma dowodów.
Powiedziała Niemcom, że ona jest folksdeutschem, a jej nazwisko panieńskie
to NORMANS.
Została aresztowana przez NKWD w roku 1945, w roku 1946
skazana na 7 lat więzienia W śledztwie zeznała, że w Wilnie mieszka
jej ojciec Normans Stanisław Iwanowicz i jej brat Władymir Stanisławowicz
oraz dwie siostry, których nazwisk nie zna.
Nie ma wzmianki o jej
dzieciach. Podała, że w roku 1917 skończyła gimnazjum w Łudze.
Miejsce zsyłki oraz rok powrotu do Nosacziwa nieznany. Została
zrehabilitowana pośmiertnie w roku 1994.
Nasze pisma o wyjaśnienie
losów Stanisławy , skierowane do władz Ukrainy /od gminy do ministerstwa/
niestety pozostały bez odpowiedzi.
Myślę, że to
jeszcze nie koniec, że uda się do końca wyjaśnić jej zawiłe
losy.